Norwegia – Spearfishing autostopem

przez • 1 kwietnia, 2015 • Spearfishing, ZapowiedziKomentarze (0)2541

Kilka miesięcy temu Emer podzielił się ze mną pomysłem wyprawy do Norwegii, gdzie – jak widać na wielu filmach i słychać z opowiadań innych łowców – panują idealne warunki do spearfishingu. Planujemy udać się samochodem i nocować pod namiotami, poszukując idealnego miejsca do podwodnych łowów. Zostawiamy informację na forum, żeby rozłożyć koszty i cisza…

Brak chętnych, więc trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i rozegrać to wszystko inaczej. Wyjazd miał być jak najtańszy i miał trwać przynajmniej tydzień. Sprawdzamy samoloty i najtaniej wychodzi Bergen. Koledzy z forum spearfishing.pl potwierdzają, że da radę tam popolować, więc nie zastanawiając się zbyt długo kupujemy bilety wraz z opłatą za bagaż i wydając 500 zł na głowę mamy zapewniony przelot tam i z powrotem.

Zacząłem czytać na temat Bergen i doznałem pierwszego szoku – Bergen to miasto, w którym najczęściej w Europie pada deszcz. Podobno nawet 300 dni w roku. Trudno, bilety kupione to trzeba się przygotować. Wyposażamy się w wojskowe ubrania z Goretexu, do tego konkretne skórzane wojskowe buty, duże plandeki co by ochronić namiot, śpiwory z temperaturą komfortu ok. 0 stopni oraz inne niezbędne na campingu rzeczy. Najważniejsze było, aby uchronić się przed deszczem.

Jako, że ma wyjść tanio, to postanawiamy żywić się głównie tym, co upolujemy, znajdziemy w lesie i przygotujemy z mąki. Dla bezpieczeństwa kupujemy 2,7 kg kabanosów.

Pierwszy problem z jakim musieliśmy się zmierzyć, to sposób, w jaki przewieź kuszę. Po długich rozmyślaniach i testach, decydujemy się na rurę PCW 70mm o długości 1,5m, którą to wsadzamy do plecaka wojskowego. Połowa rury wystaje, ale liczymy, że na lotnisku nie będzie problemu, w końcu bagaż mieści się w wymiarach linii lotniczych. Rurę z góry zaślepiliśmy a kusze wsadziliśmy od dołu, owijając rękojeść w ubrania i sklejając taśmą. Po upchaniu rzeczy w plecaku, rura mocno się trzyma i nie ma obaw, że wypadnie. Na całość nakładamy worek i najlepiej szarą taśmą połączyć go z plecakiem. A jeszcze lepiej jest w pierwszej kolejności związać całość materiałowym paskiem, a potem dopiero taśmą. W drodze powrotnej Emer odpuścił sobie worek. Zarówno jedno jak i drugie rozwiązanie nie sprawiło problemów na lotnisku.

Stresowaliśmy się przed odprawą, myśląc że zostaniemy bez sprzętu. Przy odprawie pytają Emera, czy wiezie jakiś niebezpieczny sprzęt, Emer odpowiada przecząco. Pytam go ukradkiem, o co go obsługa pytała, co wzbudziło podejrzenia i ponowne pytanie o niebezpieczne materiały. Dla przypomnienia – harpuny są dozwolone w bagażu rejestrowanym. Ja udaję się do drugiej pani z obsługi, która pyta mnie co przewożę, więc nie kłamiąc mówię wprost, że harpuny. Szybka narada z drugą pracownicą Wizzair która potwierdza, że jest OK. Bagaż ląduje na specjalnej taśmie dla większych bagaży, a my udajemy się w kierunku bramek bezpieczeństwa.

ZAPOWIEDZ

Dodaj komentarz