Kristiansund Cup 2014 [PL/ENG]

przez • Kwiecień 30, 2016 • Najnowsze wpisy, Polecane, SpearfishingKomentarze (0)2210

Daniel SielowskiZawody w Kristiansund każdego roku dostarczają nam sporych emocji. Wszystko to za sprawą zawodników z naszego kraju, którzy od lat biorą w nich udział.  Czekając na relację z Kristiansund Cup 2015, warto przypomnieć sobie jak było rok wcześniej, kiedy do stałej reprezentacji naszego kraju dołączyli kolejni łowcy. Koniecznie przeczytajcie jak wydarzenia związane z tym wyjazdem wspomina Jacek Malinowski a także Jan oraz Tomek Stelmachowie.

englishbelowleftSięgając pamięcią kilka lat wstecz, o tej porze roku do Norwegii zawsze zjeżdżała się nie tylko łowiecka Europa, ale i łowcy z innych kontynentów. Po roku 2010 daje się jednak odczuć, że zawody Kristiansund CUP tracą na popularności. Z roku na rok zagląda tu coraz mniej zawodników liczących się w europejskim rankingu. Wzrastająca ilość imprez tego typu powoduje, że wielu z nich woli sprawdzić się w cieplejszych wodach, wybierając choćby mistrzostwa Hiszpanii, których rosnący prestiż staje się przyczyną spadku atrakcyjności zawodów rozgrywanych w krajach skandynawskich.

Najlepszy spearfisher to ten, który potrafi złapać wiele różnych rodzajów ryb.

Położenie geograficzne nie jest tu pewnie bez znaczenia. Warunki panujące na południu zbliżone są do tych na Mistrzostwach Europy i Afro-Europy (naturalnie oprócz tych rozgrywanych w Finlandii). Wykorzystując możliwości nowoczesnego świata, wielu zawodników podróżuje szukając doświadczeń niemal na całym globie. Analizując wydarzenia dochodzimy do wniosku, że w niedalekiej przyszłości my również podejmiemy próbę zdobycia doświadczeń w cieplejszych wodach.

fot. Jacek Malinowski

Być może sposobem na przyciągnięcie większej ilości zawodników byłoby zorganizowanie Internationale CUP. Zawody rozgrywane przykładowo co dwa lata, pozwoliłyby na sprawdzenie swoich umiejętności łowieckich w różnych miejscach Europy. Pomysł taki zrodził się w Danii. Johan Nielsen, mistrz łowiectwa podwodnego tego kraju, zaproponował takie rozwiązanie organizując zawody Store Belt Open Championship. Ciekawym punktem regulaminu zawodów w Danii jest maksymalna ilość siedmiu strzelonych ryb jednego rodzaju. To jest specjalny przepis dotyczący duńskich zawodów, zmuszający zawodników do poszukiwań różnych gatunków. Cytując myśl Matti Pykko „Najlepszy spearfisher to ten, który potrafi złapać wiele różnych rodzajów ryb”.

Ponad wszelką wątpliwość Kristiansund jest przepięknym i uroczym miejscem o wyjątkowych i bogatych wodach. Obecne tendencje i sytuacja w świecie łowieckim nie zmienią naszego zachwytu urokiem podwodnego deszczowego lasu. Spotkaliśmy się tam ponownie na przełomie lipca i sierpnia. Naszą wyprawę do Norwegii poprzedził pobyt Bogdana Marczaka i Pawła Skwierawskiego, którzy przywieźli optymistyczne wieści z fiordów. Sebastian Graczykowski, Maciej Jaworski i ja pojechaliśmy jako kolejni. Po tygodniu dołączyli do nas Stanisław Krzyżanowski, Jan Więcławski, Jan Stelmach, Tomasz Stelmach, Marcin Janowski oraz Bartek Noga. W międzyczasie spodziewaliśmy się również przybycia Jacka Dykty z rodziną. Po kilku latach starań stworzyliśmy okazję do spotkania się na wodach wikingów w tak szerokim gronie.

Ubiegłoroczny srebrny medal dla naszego zespołu w kategorii National Team okazał się nieprzypadkowym.

Zawody tradycyjnie odbyły się na dobrym poziomie. Chcąc podjąć walkę o poważne lokaty, trzeba było dopasować technikę i taktykę do warunków, które wyjątkowo w niczym nie przypominały północno-zachodniej Skandynawii z lat poprzednich. Pogoda obeszła się z nami niespodziewanie szorstko, niespotykany upał, bezchmurne niebo i silne słońce, wysoka 16 stopniowa temperatura wody, wzmogły czujność ryb, co zmusiło zawodników do wzniesienia się na wyżyny swoich umiejętności.

Ubiegłoroczny srebrny medal dla naszego zespołu w kategorii National Team okazał się nieprzypadkowym. Startując w Internationale Spearfishing Competition Kristiansund CUP 2014 zająłem indywidualnie 5 miejsce, sięgając tym samym po medal Best of Team Poland. Wraz z Janem Więcławskim i Maciejem Jaworskim wywalczyliśmy brązowy medal w kategorii National Team. To najlepszy dotychczasowy wynik ekipy polskiej w tych zawodach. Kolejny klasyfikowany medal na podium umocnił pozycję Spearfishing Team Poland. Obserwując od wielu lat zmagania zawodników wierzę, że nie jest to jeszcze ostatnie słowo.

Wyniki Kristiansund CUP 2014 w kategorii indywidualnej:

KLASYFIKACJA-INDYWIDUALNA

Wyniki Kristiansund CUP 2014 w kategorii drużynowej:

KLASYFIKACJA-NARODOWA

„Team Norway” spróbował własnych sił w Mistrzostwach Europy i Mistrzostwach Świata. W ich relacjach raczej nie doszukamy się specjalnego entuzjazmu. Zebrane doświadczenia, zarówno te dobre jak i złe, skłaniają do dyskusji nad regulaminem Kristiansund CUP. Być może nadszedł właściwy moment, by zabrać głos prowokujący do podjęcia prac nad zmianami w regulaminie, w celu przywrócenia utraconej atrakcyjności i prestiżu zawodów.

Wyprawa do Norwegii to również okazja do nawiązania nowych przyjaźni.

Czysty przypadek sprawił, że mogłem poznać łowcę z Afryki Południowej, a dokładnie z Cape Town. Korzystając z niebywałej okazji, odbyliśmy wspólny trening na Gripp Hole. Wieczorem przeglądając mapy wód okalających Przylądek Burz z zainteresowaniem słuchałem opowiadań Hermana. Polowanie na największe ryby w tamtym miejscu wydawałoby się takie proste, gdyby nie świadomość, że to wspaniałe miejsce to królestwo Carcharodon carcharias, żarłacza białego oraz wielu ryb nie cieszących się dobrą reputacją.

fot. Jacek Malinowski

W strefie przybrzeżnej poluje się najczęściej na głębokości ok. 5-8 m kryjąc się za skałami, czekając choćby na niebezpiecznego musslecracker, lub w otwartej wodzie ok. 12 mil morskich od lądu wypatrując w toni tuńczyka, nie dalej jednak niż parę metrów od łodzi, z której partnerzy wypatrują zagrożenia. Po celnym strzale, rybę holuje się będąc już na pokładzie, lub jeśli się nie zdąży dzieli zdobycz z drapieżnikami.

Nietrudno odgadnąć, że aby polować w okolicach Kapsztadu trzeba niejednokrotnie być niezwykle szybkim. Z takich czy innych powodów, łowców w tym atrakcyjnym miejscu można policzyć na palcach obydwu dłoni i trudno się temu dziwić. Żegnając Hermana przyjąłem zaproszenie na wyprawę do Przylądka Dobrej Nadziei. Dla przypieczętowania postanowienia wymieniliśmy się atlasami ryb. Na marginesie, moja książka nadana priorytetem, by dotrzeć do rąk adresata w RPA potrzebowała niemal czterech miesięcy, wliczając w ten okres miesięczny postój w urzędzie celnym w Warszawie. Na korespondencję z Afryki czekałem trzy tygodnie.

Wyprawa do Kristiansund to dobry przykład na to, że trening fizyczny to o wiele za mało by odnosić sukcesy. Niejednokrotnie przebiegłość i wykorzystanie praw fizyki, znajomość map rejonu, pływów, zachowanie gatunków ryb i szczęście, mają decydujący wpływ na wynik polowania. Staranne przygotowanie wyprawy zwiększa szanse na wyjątkowe emocje.

Chciałbym pogratulować wszystkim wspaniałych doświadczeń i osiągnięć sportowych, życząc wytrwałości podczas treningów oraz powodzenia w kolejnych imprezach oraz budowania pozytywnego wizerunku na rzecz łowiectwa podwodnego w Polsce i za granicą. Dziękuję Janowi za wsparcie w działaniach, Maciejowi i Sebastianowi za wspaniałe zdjęcia i poczucie bezpieczeństwa w morzu.


The best spearfisher is the one, who is able to shoot many different fish

gbWhile hitting the memory lane and moving a few years back, at this very moment Norway had welcomed not only the spearos from all over Europe, yet from other continents. However, following 2010 it felt like the Kristiansund CUP started losing popularity. With each year less and less competitors recognized in the European rankings come over to participate in the Cup. An increasing number of similar events causes that lots of them prefer testing themselves in warmer waters, choosing competitions held e.g. in Spain, as their growing prestige is becoming the reason why the Scandinavian contest is no longer that attractive as it used to be.

The geographical location certainly matters. Conditions resemble those of European and Euro-African Championships (of course, except for these that were organized in Finland). As the world turns into the global village, many competitors take advantage of it and travel around the globe, searching for various spearfishing inspirations. When analyzing these events, we come to a conclusion that, perhaps, in the years to come we will also make an attempt to gain some experience in the southern waters.

Supposedly, organizing the International Cup, e.g. every second year, would be the way to attract the larger number of participants, simultaneously giving a chance to hold the competition in different spots across Europe. Such an idea was raised in Denmark. Johan Nielsen, the Danish spearfishing champion, suggested to apply this solution by founding the Store Belt Open Championship. An interesting thing is the item in the competition rules, saying that the competitor must not catch more than seven fish of a particular species. This is a special provision applied to Danish championship, obliging the competitors to seek after various kinds of fish. Quoting the motto of Matti Pykko „The best spearfisher is the one, who is able to shoot many different fish”.

fot. Jacek Malinowski

Nevertheless, Kristiansund is a magnificent and cozy place of unique and abundant waters. Current trends and situation in the spearfishing world will not change our admiration for an underwater rainforest. We met up there once again, at the turn of July and August. Our expedition had been preceded by the trip of Bogdan Marczak and Paweł Skwierawski, who brought good news from the fiords. The next group consisting of Sebastian Graczykowski, Maciej Jaworski and Jacek Malinowski set off on a journey. A week later another pack of spearos, inlcuding Stanisław Krzyżanowski, Jan Więcławski, Jan Stelmach, Tomasz Stelmach, Marcin Janowski and Bartek Noga joined them. In the meantime, we also expected an arrival of Jacek Dykta and his family. After a couple of years of efforts we managed to meet up at the waters of Vikings in such a broad circle.

Last-year silver medal of our team received in the National Team category seemed not to be accidental. As usually, the competition was held at high level. When someone strived for top ranks, he needed to adjust the technique and tactics to the conditions that, unlike past years, did not look like in North-West Scandinavia. The weather was unexpectedly rough to us: sudden heat, cloudless sky, intense sun and water temperature of 16 C made the fish alert and therefore the competitors had to do their utmost to grab their catch.

Last-year silver medal of our team received in the National Team category seemed not to be accidental. Jacek Malinowski, taking part in the International Spearfishing Competition Kristiansund CUP 2014 was ranked 5th and was awarded the Best of Team Poland medal, and reached, together with Jan Więcławski and Maciej Jaworski, team members, a bronze medal in the National Team category. This has been the best result of the Polish team in this competition by far. Another top three medal strengthened the position of the Spearfishing Team Poland. When monitoring the rivalry of spearos over the years, I do hope that this is not the last word we have to say.

Kristiansund CUP 2014 total results:

KLASYFIKACJA-INDYWIDUALNA

National Team results:

KLASYFIKACJA-NARODOWA
Team Norway has tried their luck in European and World Championships. Yet, their reports on those seem to be far from enthusiasm. The experiences they gained, both good and bad, lead to a discussion on the rules of the Kristiansund CUP. Maybe this is the right time to take a stand on that, inciting to carry out works on introduction of amendments to the competition rules so to restore lost attractiveness and prestige of the Cup.

A trip to Norway is also a chance to strike up friendship with new people.

It happened that I came across the spearfisher from Cape Town, South Africa. We had an opportunity to do a joint workout at Gripp Hole. In the evening, while going through the maps of the areas surrounding the Cape of Good Hope, I listened carefully to the stories told by Hermann. Spearfishing for the largest species seemed to be a piece of cake, unless we are aware that this tremendous spot is a kingdom reigned by Carcharodon carcharias, great white shark and many other fish that the human being should stay far away from.

In the littoral area, the most common spearfishing dive depths do not exceed 5-8 meters, and it’s all about hiding behind the rocks to shoot a dangerous musslecracker, or, when going for bluewater hunting ca. 12 NM off the shore, looking out for a tuna, yet no further than a few meters from the boat, assisted by your partners watching out for a potential threat. Once the fish is shot, you go out of water and land it being onboard, or, if you don’t manage to, it may happen that you have to share your prey with the underwater predators.

Jacek Malinowski_019

It’s not hard to guess that in order to practice spearfishing around Cape Town, you have to be quick. No one knows why but there are not so many spearos in such an awesome location and it’s not a surprise. When saying goodbye to Hermann, I accepted a spearfishing invitation to the Cape of Good Hope and to seal our deal we exchanged the fish albums. To digress: my book sent as a priority mail needed… four months, but several days, to get to the addressee in the RSA, including a one-month lag in the customs office in Warsaw. The parcel from Africa arrived in three weeks.

The Kristiansund expedition is a good example that the pre-season practice is not enough. In many cases, cunningness, the laws of physics, familiarity with the maps of the region, tides, behavior of particular species combined with good luck contribute to the spearo’s success. The more thoroughly prepared excursion the higher the chances of unique experience.

I would like to congratulate to everybody on their excitements and sports achievements, wishing all of you persistence in your practice and loads of luck in subsequent competitions, and building of a positive image of spearfishing in Poland and abroad. Thanks to Jan for his support in my actions, to Maciej and Sebastian for beautiful pictures and the feeling of safety out in the sea.

O AUTORZE: JACEK MALINOWSKI

Jacek MalinowskiPrawdziwy pasjonat łowiectwa podwodnego. W środowisku kojarzony z niezwykle wymagającymi zawodami w norweskim Kristiansund w których bierze udział nieprzerwanie od kilku lat, z roku na rok z coraz większymi sukcesami. Łowca z ogromnym doświadczeniem i wiedzą, będący w stałym kontakcie z łowcami podwodnymi niemal z całego świata.

 


Atmosferę podsycały rytualne obmiary trofeów po każdorazowym powrocie z łowów.

Prócz stałych bywalców, uczestniczących w turnieju Kristiansund Cup, plany dotyczące „zlotu gwiaździstego podwodnych łowców RP” w Norwegii i ewentualnego startu w zawodach od dawna snuli także debiutanci. Niemal do ostatniej chwili, zdeterminowany przypadkiem losowym, pod znakiem zapytania stał wyjazd naszego żelaznego konia – Jana Więcławskiego. Pierwsi, z tygodniowym wyprzedzeniem, ze Świnoujścia ruszyli Jacek Malinowski, Sebastian i Maciek. Kilka dni po nich dwoma bryczkami promowałem się wraz Tomkiem, Marcinem Janowskim, Janem Więcławskim oraz Stanisławem Krzyżanowskim. Do naszej ekipy, rzutem na taśmę, dołączył Bartek Noga. Na miejscu okazało się, że to nie wszyscy zapaleńcy z naszego kraju, bowiem do Kristiansund zawitał także Jacek Dykta z żoną Violą oraz kompanem Tomkiem, także kolegą po kuszy.

fot. Jacek Malinowski

Na campingu, 28 lipca, stawili się wszyscy zainteresowani: zarówno stare repy jak i młode wilki. Jako, że zdecydowana większość łowców to typowe samce alfa, w powietrzu dało się wyczuć atmosferę rywalizacji i współzawodnictwa. Atmosferę podsycały rytualne obmiary trofeów po każdorazowym powrocie z łowów. Nie obyło się bez fuksów. Jeden z debiutantów strzelił okazałego czerniaka o wadze 8,4 kg, jakiego nigdy dotychczas nie dostali nasi championi. Drugi zaś, startując w dwudniowych zawodach, osiągnął drugie miejsce w ekipie kraju „strzech słomianych i wierzb płaczących”, które przełożyło się na szóstą pozycję ogólnej klasyfikacji zawodów! Biorąc pod uwagę jego wysoką punktację – z przymrużeniem oka należy potraktować relację, że strzelane ryby pozyskiwał na 20-sto metrowych głębokościach (jak wszystkim wiadomo największymi blagierami nie licząc polityków są wędkarze i myśliwi, wśród nich i myśliwi podwodni).

Kolejna lekcja – uczymy się całe życie. Najlepiej od najlepszych.

Z anegdot, których niemało dostarczyły zmagania na zawodach, warto przytoczyć jedną. Nasz lew salonowy i dusza towarzystwa: Stasio Krzyżanowski (pechowo stracił strzałę na początku drugiego dnia zawodów) obserwował jak znany wszystkim kozak: Rosjanin Aleksandr Utkin, zdobywca drugiego miejsca w klasyfikacji ogólnej – przez całe 5 godzin zawodów drobnym ściegiem szył swoje regularne półtoraminutowe bezdechy, niczym automat chodząc góra-dół na głębokość 8 – 9 metrów. Kolejna lekcja – uczymy się całe życie. Najlepiej od najlepszych.

Jak prawie zawsze w takiej społeczności zdarzały się i drobne konflikty powodowane różnicami interesów, wrodzonym egoizmem i aspiracjami do przewodzenia. Wszystkie te ludzkie przywary na szczęście były pacyfikowane przez tolerancję, nie pozwalającą im rozwinąć się w otwarte swary czy kłótnie. Podsumowując – pobyt wzbogacony nowymi doświadczeniami debiutantów w symbiozie ze starymi wyżeraczami był nad wyraz udany co dobrze rokuje na przyszłość, a wprowadzenie świeżej krwi do grona pasjonatów to mądre posunięcie w tej niszowej u nas, urokliwej dziedzinie sportu.

O AUTORZE: JAN STELMACH

JAN STELMACHW środowisku łowców podwodnych jest kilka nazwisk, które dawno przeszły już do historii tego sportu. Wśród nich z pewnością możemy znaleźć Jana Stelmacha, który od ponad 45 lat realizuję swoją pasję związaną z wodą i nurkowaniem. W rodzinie Stelmachów łowiectwo podwodne jest dziedziczne. Tradycje łowieckie przejął i od lat kultywuje Tomek, pewnie to tylko kwestia czasu, kiedy do wody wskoczy najmłodszy ze Stelmachów – Ignacy.


A gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział, stary czy masz czas, potrzebuję do załogi jakąś nową twarz…

Wypad na Północ już od dawna tlił się gdzieś z tyłu mojej głowy. Czas, pieniądze, wakacje z rodziną, pierwsze kolonie córki, sprawne i przestronne auto. Jak tą układankę poskładać, żeby to wszystko zadziałało i żeby nikt na tym nie stracił, a wszyscy zyskali. A jednak się udało. Zaczęło się od tego, że 2 lata temu Jan Więcławski, a w zeszłym roku Jacek Malinowski, przychodzili i pytali: „…stary czy masz czas..”? Ile się można wymigiwać brakiem czasu, pieniędzy, wakacjami z rodziną, pierwszymi koloniami córki, niewłaściwym samochodem? Zaraz po zeszłorocznych zawodach w Ińsku postanowiłem, że chcę jechać do Norwegii i tylko przypadek losowy może mnie od tego odwieść. Ale tak samemu?

fot. Jacek Malinowski

Pierwszą osobą do kompletu był oczywiście mój mentor, Senior, który co prawda ostatnimi laty mniej poluje, ale zawsze jest chętny na przygodę. Zgodził się bez problemów. Przynajmniej tak twierdził. Znając moją mamę, nie poszło łatwo. Zaczęliśmy szukać dalej. Wybór padł na najlepiej przygotowanych kondycyjnie, którzy dopełniliby towarzystwa i stworzyli team. Jeden odmówił, drugi się wahał. Na szczęście niezbyt długo. Po wstępnej kalkulacji kosztów, powiedział, żebym mu podał numer konta, to zrobi od razu przelew na opłaty promowe, żeby się nie rozmyślił, a w międzyczasie złożył podanie o urlop. To był Marcin Janowski, zwany popularnie Bródniakiem, solidny kompan i wspaniały kucharz. I tak w pewien sobotni, zupełnie zwyczajny letni ranek, zameldowaliśmy się wszyscy na pokładzie Stena Line. Tak zaczęła się trwająca 10 pełnych dni wyprawa.

Poluzowałem kołowrotek, co by nie zostać utopionym przez jakiegoś atlantyckiego potwora i dałem pierwszego nura.

Jak to zwykle bywa obiecywaliśmy sobie złote góry. Zdjęcia chłopaków z poprzednich wypraw, oglądane w youtube filmy z ławicami pokaźnych dorszy, halibuty po 40-60 kilo… istny norweski raj. No i… pamiętam moje pierwsze wejście do wody. Poszliśmy ze Stasiem z buta, jakieś 500 metrów od naszego campingu, gdzie rozciągała się malownicza zatoczka z obiecująco wyglądającymi skałami przy wyjściu na otwartą wodę. Kotłowało mi się w głowie. Poluzowałem kołowrotek, co by nie zostać utopionym przez jakiegoś atlantyckiego potwora i dałem pierwszego nura.

Byłem kilka razy na południu Europy, gdzie woda jest lazurowa, a przyroda co prawda prawie bezrybna, ale zdecydowanie bardziej barwna i wielokolorowa. Tutaj zobaczyłem surowy nieco obraz, a woda nie rozpieszczała przezroczystością. Pierwsze ryby, które spotkałem to tzw. junior fish, do których rzekomo strzelają początkujący łowcy. W pierwszym odruchu chciałem odpalić, ale pomyślałem, że poczekam na te prawdziwe ryby. Tego dnia wielu się ich nie doczekałem. Spotkałem stado dorszy pracujących w prądzie na skale, którą pokazał mi Stasio, jednak nie byłem w stanie wybrać z nich nic, co by można było ze sobą zabrać na kolację. I to jest ta słynna Norwegia przez duże N? Nie ukrywam, że byłem nieco zawiedziony.

Na pierwszym polowaniu spodziewałem się strzelania do tarczy i rozgrzanego do białości kołowrotka, a zastałem niezbyt klarowną wodę z kilkoma niewymiarowymi wypłoszami. Jednak Norwegia pokazała w końcu swoją gościnność i po którymś kolejnym nurze, kiedy wychyliłem się zza skały, podpłynęło do mnie stado całkiem pokaźnych czarniaków. Udało mi się upolować największego z nich. Miał 75 cm i ważył 3,5 kg. Mogłem spokojnie wracać do obozowiska. No, może nie tak znowu spokojnie. Zauważyłem, że po 3 h w wodzie i ciągłym zmaganiu się z prądem, czułem, że mój oddech jest krótszy. To nie Chorwacja, gdzie kładziesz się na dnie w aspetto i czekasz na rybę. Tutaj, żeby dojść do pozycji strzeleckiej, należało najpierw patrolować teren, a potem schodzić po rybę, cały czas pedałując płetwami. To był naprawdę konkretny trening. No, ale nikt nie mówił, że to kółko szachowe…

Morze wzięło górę.

Nie byliśmy mocno rozeznani w terenie. Próbowaliśmy swoich sił korzystając z podpowiedzi naszych kolegów, którzy bywali tam już niejeden raz. Fachowcy twierdzili, że taki rok, że ryb niewiele, a jedynym plusem było to, że jeżeli już były, to trzymały się w roślinności i to nie za głęboko. Były jednak wyjątki. Bartek strzelił naprawdę solidnego, ponad 8 kg czarniaka. Nurkowaliśmy we trzech. Wychodziło się z małej zatoczki na otwartą wodę, i polowało przy pionowej skale, która schodziła głęboko w dół, daleko poza nasz skromny zasięg.

Szyliśmy do 12-13 metrów i gdzieś koło 7 metra zaczynały się ryby. Takie kilogramowe, które na zawodach dawałyby pewne punkty. Każdy z nas szukał jednak konkretnych sztuk. Pamiętam, że strzeliłem wtedy mojego pierwszego bacalhau, takiego koło 2,5 kg. Pięknie ubarwiona, szlachetna ryba. W tej wadze i rozmiarze, niezbyt waleczna. Przypominała robala wijącego się apatycznie wokół strzały. Ciekaw byłem jak walczą większe, jednak tego dnia nie miałem okazji się o tym przekonać. Co więcej poddałem się szybko, jako że mój żołądek nie bardzo chciał współpracować z rytmicznym kołysaniem wysokich tego dnia fal. Morze wzięło górę.

Chłopaki z sąsiedniego domku przynosili wymyślne dania na bazie ryb.

Kolejne dni mijały w podobnym klimacie. W wodzie byliśmy maksymalnie do 3 godzin. Na tyle byliśmy fizycznie przygotowani, a poza tym obowiązki wzywały: trzeba było sprawić ryby, sklarować sprzęt, a potem miło spędzić wieczór w łowieckim gronie. Urozmaiceniem posiłków były owoce morza, które własnoręcznie zbieraliśmy, ewentualnie dostawaliśmy od zaprzyjaźnionego zespołu, który nurkował z butlami. Mam tu na myśli przepyszne przegrzebki, które najlepiej smakowały leciuchno osolone, z odrobiną cytryny.

Ktoś złapał kraba, inny przyniósł z wędkarskiego wyjścia kilka makreli. Chłopaki z sąsiedniego domku przynosili wymyślne dania na bazie ryb. Po raz kolejny przekonałem się, jak ogromną wartością jest jedzenie tego, co się złapie. A przy okazji, zapełnialiśmy sukcesywnie zamrażalnik filetami, które miały nam przypominać o norweskich wodach w zimowe, bezrybne dni. Przyznam, że byłem już lekko zrezygnowany i przestałem liczyć na to, że uda mi się przywieźć zdjęcie z jakimś solidnym zwierzakiem. Na szczęście myliłem się.

Poluzowałem kołowrotek, napiąłem dwie 18 i pocisnąłem na dół.

Któregoś niezbyt pięknego dnia Jacek Malinowski zabrał mnie na polowanie i… wtedy zobaczyłem to, co widziałem w Internecie i słyszałem w opowieściach z poprzednich lat. Z pożyczoną od Jacka kuszą Beuchat 95, w silnym jak dla mnie prądzie, zmierzyłem się z prawdziwym obliczem zimnych wód. Po pierwszym zanurzeniu w tym miejscu wiedziałem, że wyjdę z porządną rybą. Poluzowałem kołowrotek, napiąłem dwie 18 i pocisnąłem na dół.

W gronie kłębiących się „bolków” albo „wiewiórek” zszedł mi powoli 4-5 kg bacalhau. Serducho zabiło mi mocniej. Jemu chyba też, bo zorientował się w jakim celu go odwiedzam. Dzięki temu pozostał wśród żywych. Widziałem ich jeszcze kilka. Tak. W końcu zacząłem widzieć duże ryby! Strzeliłem 3.5 kg rdzawca, a Jacek w tym czasie miał już ze trzy ryby. Jedna, taka bita ósemka. Ożesz ty… On je widzi, więc i mnie kiedyś wyjdą. Nie myliłem się. Kombinowałem, jak tu zejść w miarę nieinwazyjnie i spokojnie, a przy okazji utrzymać się w tej podwodnej rzece i skoordynować pozycję do strzału. Nie należało to do najłatwiejszych zadań. Po którymś kolejnym podejściu, wyszedł mi wreszcie ON.

fot. Jacek Malinowski

Odpaliłem. Kołowrót zagrał. Ja do góry, bo oczy opierają się o szkło maski. Jest. Czuję, że pracuje. No i odwieczne pytanie: czy dobrze trafiony. Pompuję jak bym pompował na wędce. Wychodzi na głębokość, kiedy mogę go zobaczyć. Uff. Dostał za głowę. Strzała daleko. Kręci się na lince. Jest mój. Teraz tylko dobijak i sprawa załatwiona. Adrenaliny co niemiara. Klient wędruje na nizałkę, a ja znowu do dołu. Jest kolejny, tym razem mniejszy, taki ze 4,5 kg. Nie jestem mięsiarzem – mi już wystarczy, ale jeszcze jeden nurek i za filarem stoi pyta. Nie widzi mnie. Strzelam z góry, za głowę. Słabo walczy. Wyciągam na powierzchnię – ma z metr dziesięć. Wielki łeb, ale szczupły, taki jakiś długodystansowiec. Wystarczy na ten moment. Wychodzimy. Ważymy ryby – ten pierwszy ma 9 kilo, drugi z dużych – mimo słusznego wzrostu – tylko 8. Mogę spokojnie wracać do domu.

Cisza, las dookoła, ognisko, ostatnie zapasy.

Jedziemy do ośrodka, a życie wraca do normy. Za dwa dni chłopaki mają zawody,
czuć napięcie w powietrzu, w gruncie rzeczy fajnie, że reprezentują Polskę. Koniec końców nieźle się spisują. Jadą na bankiet z okazji zakończenia, a my pakujemy manatki, bo następnego dnia ruszamy w drogę powrotną. Ciekawym doświadczeniem okazuje się nocleg na dzikusa, gdzieś nad szwedzkim jeziorem. Cisza, las dookoła, ognisko, ostatnie zapasy. Tak trochę po harcersku (chociaż nigdy w harcerstwie nie byłem), a trochę jakbyśmy byli małymi chłopcami, którzy bawią się w Indian na początku XXI wieku… Miała być przygoda i w sumie była. A do Norwegii, być może jeszcze wrócimy.

fot. Jacek Malinowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *