Do trzech razy Łyna

przez • Marzec 22, 2016 • Freediving, Najnowsze wpisy, Polecane, Spearfishing, Uncategorized, UwhKomentarze (0)1297

To trzeci raz, kiedy wybrałem się w marcu do Olsztyna. Niby przy okazji, bo miałem tam jedną sprawę do załatwienia w okolicy. Ale nie do końca… Co roku, w marcu, od kilkunastu już sezonów, olsztyńska Skorpena organizuje Spływ Łyną, wydarzenie uznawane za największą imprezę płetwonurków w kraju. I mimo, że ani aura, ani okoliczności przyrody, ani nic innego nie przemawia za tym, żeby wejść do kilkustopniowej wody i spędzić w niej 1.5 godziny, to okazuje się, że rok w rok znajduje się ponad 300 osób, które rozum i racjonalne wytłumaczenia mają w głębokim poważaniu.

Tak też było i w A.D. 2016.

Splyw_lyna_2016-(11)W drodze do Olsztyna dzwoni do mnie znajomy łowca, Sławek Zawalich, z informacją, że pada śnieg, ale mam się nie przejmować, bo „do południa na pewno się przetrze”. Prognozy hydro-meteo nie do końca okazują się trafione. Nam śnieg nie straszny, myślę i cisnę wytrwale dwupasmowym już teraz odcinkiem S7 w stronę Olsztynka. Na miejscu, jak zwykle, rwetes. Rejestracja, podpisy, druki. Przebieramy się i na start. Pianek do free i łowiectwa jak na lekarstwo. Rozmawiamy przez chwilę z Jarkiem, kolegą ze Spearfishing Poland z Łodzi, który tym razem decyduje się na wariant suchy, to znaczy skafander ma suchy. I to jest, jak się okazuje, rozsądne posunięcie. Ja, w porannym galimatiasie pakowania, wrzucam do wora moje wysłużone 3 mm skarpety. No i żegnaj Bali, witaj krioterapio! Ale to za chwilę. Tymczasem, ruszamy tłumnie na start. Na nasz widok, olsztyńscy kierowcy nie szczędzą sygnałów dźwiękowych. Nad nami lata dron dokumentujący przebieg imprezy. Po dwudziestominutowym pochodzie, docieramy nad brzeg rzeki. Nury różnej maści wlewają się powoli w jej odmęty. Pierwszy wyrusza w swój dziewiczy (?) rejs Titanic. Trzymamy kciuki, żeby nie spotkał się z górą lodową albo górą śmieci. Na szczęście, ktoś informuje, że kilka dni wcześniej Łyna została gruntownie posprzatana. Uff. Nie ma odwrotu. Stoper włączony. Poloneza czas zacząć.

Jak to zwykle bywa, niektórzy Poloneza napoczęli jeszcze przed wypłynięciem. Ogorzałe twarze i rozwiane włosy potwierdzają teorię, że lepiej się dobrze nawodnić, zanim człowiek wejdzie do zimnej rzeki. Nauczony doświadczeniem poprzednich spływów, biorę ze sobą sprawdzoną bojkę Omera ATOLLA. Mijam kolejnych uczestników. Na razie jest mi ciepło, więc nie myślę przesadnie o temperaturze wody, ani o tym, jak daleko do końca. Mijam rozanieloną grupę rosyjskojęzyczną. Domyślam się, że przybyli tu z pobliskiego Obwodu Kalinigrandzkiego. Robi się mieżdunarodno. Kolejny most. Ludzie krzyczą, że płytko i kamieniście. Unosząc się na boi, gładko pokonuję kolejne wypłycenia. Wciąż jest mi ciepło, mimo, że przyjechałem Skodą, a nie Polonezem. Może to moja Cressi Tecnica, co prawda tylko 5-milimetrowa i po dwóch sezonach, ale jednak dobrze dopasowana? A może trochę adrenalinki, jaką daje każdy start w masowej imprezie? Pewnie każdego po trochu.

Jak się okazuje, moje przekonanie o dobrej kondycji jest zgoła inne, niż otoczenia. Niespodziewanie podpływa do mnie nur w stroju lekarza. Moje ostrożne podejście do Państwowej Służby Zdrowia rozwiewa miłe zagadnięcie o łowiectwo podwodne. Kolega też poluje, jest na naszym forum, a poza tym bawi się we free i hokej podwodny. Tematom nie ma końca. Chodzimy w naprawdę wysokich kategoriach wagowych. 3-kilowe liny ustępują miejsca 1.5 kg okoniom. Na te ostatnie naprawdę miło jest się zasadzić. Choćby to była tylko kamera albo aparat fotograficzny. Kamil też ma podobne podejście do łowiectwa podwodnego – czasami warto nagrać i nie nacisnąć spustu kuszy. To mi się podoba. Ustalamy, że musimy się jakoś zobaczyć po 15 maja i wspólnie zapolować. Jak się okazuje, to warmińskich zaproszeń początek. I, zanim się obejrzeliśmy, czas kończyć zabawę.

Widać, że niektórym nie służy jazda cudami polskiej motoryzacji. Polonez za Polonezem, ledwo parkują na przystani na Starówce. Niektóre z aut muszą być wzięte na hol, a dokładnie rzecz ujmując, pod ręce, żeby nie straciły jakże cennej w tym momencie równowagi. Chyba budowniczowie z FSO popełnili jakieś błędy w projektowaniu zawieszenia. A na mecie kolorowo. Docieramy do znajomych, którzy tłoczą się w kolejce po ciepły posiłek.

Splyw_lyna_2016-(7)Sławek ze swoją 11-letnią córką ukończyli przed nami. Dzielna dziewczynka płynęła całą długość w pontonie, a dopiero na końcu wskoczyła w odmęty i ukończyła spływ w wodzie. Ze Sławkiem z kolei płynął Stasiu, wykonany własnoręcznie przez całą rodzinę stwór, aspirujący do nagrody za najciekawsze przebranie. Stasiu przegrywa niestety z rekinem. Ten ostatni przyjechał ze Stalowej Woli, ale po wielgachnych zębach widać, że jego przodkowie pochodzą z okolic Przylądka Dobrej Nadziei. Ceremonia rozdania nagród trwa w najlepsze. Chętnie bym jeszcze został, ale moje stopy mają inny pomysł na dalszą część dnia. Sugerują mi ciepły prysznic. Idę za głosem stóp.

Dzięki uprzejmości kolejnego kolegi po kuszy, Andrzeja Tadajewskiego, wielokrotnego medalisty Mistrzostw Polski w Łowiectwie Podwodnym ląduję z powrotem na kampusie uniwersyteckim. Szybki „szałerek” i dalej w drogę. Tym razem nie dam rady wziąć udziału w dalszym świętowaniu, które już za chwilę zacznie się w Kuźni Smaków. Mam jeszcze sprawę do załatwienia w okolicach Jezioran, a na dodatek Andrzej zaprasza na kawę. A jak gospodarz prosi, nie można odmawiać.

Pod wieczór docieram do Andrzeja. Dołącza do nas Bronek Długoszewski, kolejna znacząca postać w historii polskiego spearfishingu. Jest też Senior Stelmach, mój szacowny Tata, który, podobnie jak Andrzej i Bronek, łowi pod wodą od prawie 50 lat. Doborowe towarzystwo. Siedzimy, gadamy o rybach, o jeziorach, o sprzęcie. Andrzej przynosi kuszę sprężynową, kupioną w dawnej Jugosławii za małże, które zebrał i sprzedał na targu. Sprzęt o wartości bardziej numizmatycznej, niż użytkowej, ale wciąż cieszy oko. Mija godzina. Półtorej. Czas na nas. Pies czeka znudzony w samochodzie. Żegnamy się i w drogę. Czy za rok będę spływać skorpenowo? Tego nie wiem. Wiem jednak, że tegoroczną imprezę mogę zaliczyć do udanych. Pod każdym względem. Głównie jednak towarzyskim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *