24 Hours O’Porto Open

przez • 10 lipca, 2015 • Uwh, ZapowiedziKomentarze (0)2987

Portugalia to piękny kraj, niedoceniany przez turystów albo przynajmniej mało rozpropagowany. Trudno też opisać pełen obraz, kiedy się było tylko w jednym mieście. Ale za to w jakim! Porto – o nim będzie ta opowieść i o tym, co się tam wydarzyło. Porto, to drugie co do wielkości miasto w Portugalii, niegdyś przystań rzeczna, dzisiaj piękne miasto. W drogę wyruszamy w środę, dwa dni przed turniejem. Cel, oczywiście turniej 24 Hours O’Porto Open, odbywający się po raz drugi w Porto, 6 marca 2015 roku. Organizatorem jest klub sportowy Fluvial, zajmujący się różnymi sportami wodnymi, między innymi hokejem podwodnym. Znamy tam Rui Couto, który jest sędzią hokeja podwodnego. Nasze plany poczyniliśmy parę miesięcy wcześniej, zupełnie spontanicznie decydując się w ciągu zaledwie paru dni.

Przed nami długa droga. Wsiadamy we Wrocławiu do Polskiego Busa, który zawiezie nas na lotnisko w Berlinie, Schonefeld. Podróż w autobusie przyjemna, trwa tylko około 4 godzin. Humory dopisują, omawiamy strategię, chociaż już wiemy, że nie będzie to łatwy turniej. Jedzie nas tylko 5 osób grających. Będzie to wyzwanie, ale i tak cieszymy się, jak na wielką przygodę. Na lotnisku wyjadamy resztki jedzenia, dopijamy wszystko co mamy. Przepakowujemy ostatnie rzeczy. Lecimy Ryanairem, więc pozwalamy sobie na odprawę tylko jednego bagażu, naszych bezcennych płetw. Wylot mamy wieczorem o godzinie 20 i w tym miejscu niektórzy z nas dowiadują się, że zaoszczędzimy godzinę lądując w Portugalii. Witaj zmiano czasu.

Mijają kolejne godziny, lądujemy w Porto. Tam witają nas Rui i Tania, którzy rozwożą nas potem do naszych hosteli. Spotykamy się też z rodakami, bo na turnieju będzie jeszcze jedna drużyna z Polski „Bałtyckie Foki”. Pirania jest w dwóch hostelach, oddalonych od siebie o około 5 kilometrów. Do naszego zawozi nas Tania. Jest to Porto Serralves Guest House – Morada Antiga, który prowadzi sympatyczna pani Monika, rodowita Portugalka. Nie trafiamy tam od razu, bo okazuje się, że mam nieaktualny adres, ale dzięki internetowi szybko korygujemy azymut i przed północą trafiamy do hostelu. Nasza druga część ekipy zakwaterowuje się w hostelu położonym bardzo blisko Starego Miasta, ze specyficznym klimatem starego kościoła i toaletami w pokojach. Oni mają blisko do rzeki i zabytków, my do basenu, gdzie będą zawody.

Pierwszy dzień w Porto rozpoczynamy zwiedzaniem. Jest piękna słoneczna pogoda, jak to można sobie wyobrazić błękit nieba lśni, tylko wiatr urywa głowy. Wieje silnie od oceanu, ponoć o tej porze roku jest to rzadko spotykane zjawisko. Za to na pewno mamy szczęście co do pogody, bo parę dni wcześniej padały deszcze. Nazajutrz wyruszamy w drogę na spotkanie naszej drugiej połówki ekipy.

Porto rozciąga się na wzgórzach. Nigdzie nie znajdzie się prostej drogi. Musisz iść albo w dół albo pod górę. Dzięki temu w starej, zabytkowej części miasta wszędzie rozciągają się piękne widoki. Ale najważniejszym punktem odniesienia w Porto jest rzeka Douro. Po jednej stronie Porto, po drugiej Vila Nova de Gaia, miejsce największych wytwórni wina typu Porto. W jednej z nich mieliśmy okazję gościć. Oba brzegi rzeki Douro spinają majestatyczne mosty górujące nad rzeką niczym Tytani. To, co zachwyca, gdy spacerujemy to azulejos, zdobiące fasady budynków lub ich wnętrza. W tym klimacie jest utrzymany Dworzec Kolejowy, gdzie ściany zdobią niebieskie kafelki, przedstawiające fakty z historii Portugalii.

fot. Alicja Serafinowicz, Agnieszka Reif, Rafał Franczak

ZAPOWIEDZ

 

 

Dodaj komentarz