Breda. Mój pierwszy wielki turniej

przez • 29 marca, 2015 • Uwh, ZapowiedziKomentarze (1)5916

Rewelacyjny, zjawiskowy wręcz oszałamiający i niezwykły, a przede wszystkim straszliwe męczący, mniej więcej takich przymiotników użyłbym do opisania wypadu na trzy dni do Holandii na Argonauta Underwaterhockey Tournament w Bredzie. Spróbujcie zamknąć oczy i wyobrazić sobie jak mogło to wyglądać. Wielki basen, dwa ogromne boiska do gry, zmiany w wodzie, mnóstwo ludzi. Przy tych atletycznie napakowanych facetach wyglądałem, jak jakieś nieopalone chucherko, które przed sekundą oderwało się od komputera i pomyliło godziny swojej nauki pływania.

Idąc przez basen metr po metrze słyszysz inny dialekt: Anglicy, Hiszpanie, Portugalczycy, Holendrzy, Francuzi, Włosi, Austriacy, Niemcy, Słowenii, Turcy, Czesi, Belgowie. W pewnej chwili z wody wychodzi koleś z gaciami Australii i czepkiem Republiki Południowej Afryki. Potem okazało się, że to Holender mieszkający w Anglii, w wakacyjnym wypadzie grał w Nowej Zelandii z Australijczykami!? Nawet nie chciałem pytać jak zdobył czepek. Tak, to właśnie zawody w Bredzie. Gdy zapytasz dobrego zawodnika o Argonaute na pewno będzie coś wiedział. Bez zastanowienia zdeklasował pozostałe turnieje, na których byłem w mojej dotychczasowej karierze hokeisty i zdecydowanie zostanie na pierwszym miejscu przez jakiś czas. Szczerze, to nie ma się co dziwić, wcześniej brałem udział jedynie w rozgrywkach na naszej, polskiej arenie. W tym wszystkim zamieszaniu byłem ja, w zasadzie nic nieznaczący gracz, mały Polaczek, który wpakował dwa gole klubowi, z którego wywodzi się hockey pod wodą, ale o tym  później.

Cała historia ma swój początek niecałe dwa tygodnie przed dniem rozpoczęcia zawodów. Będąc w pracy zadzwonił do mnie Maciek Marszałek. Człowiek, który bez wątpienia przyczynił się do dynamicznego rozwoju hockeya podwodnego w Polsce, a zdecydowanie na Dolnym Śląsku. Wcześniej przez długi czas grał w Pontoise we Francji i właśnie dzięki temu mieliśmy szanse pojechać. Zawodnicy z poprzedniego klubu Maćka zaproponowali mu wyjazd na zawody w Bredzie, częściowo z powodu braku pełnego składu na te zawody ze strony francuskiej. Później po kilku głębszych, zapytani, czy mając pełny skład w drużynie zadzwonili by do nas, tylko się uśmiechnęli. Jednak po zawodach zdecydowanie twierdzili, że musimy się zobaczyć w przyszłym roku.

Wracając do telefonu od Maćka, zaproponował mi wyjazd z jego starym klubem na jakieś tam zawody w jakiejś tam Bredzie. Fajny wypad na kilka dni. Jedziemy jednym autem w czwartek wieczorem, gramy przez weekend i wracamy w poniedziałek po zawodach. W sumie fajna opcja ale muszę szybko dać mu znać czy mogę jechać. Po krótkiej rozmowie z Olą oddzwoniłem do Maćka z pozytywną informacją, JEDZIEMY!!! Tego samego dnia, wieczorem okazało się, że mamy bezpośrednie połączenie samolotem do Eindhoven i że ta Breda leży w Holandii. Był tylko jeden minus, samolot lądował zaledwie godzinę przed planowanym startem imprezy w mieście oddalonym od basenu o jakieś 60 km. Na dodatek Pontoise grało drugi mecz zawodów, więc nie mogliśmy się spóźnić. No ale co to dla nas.

Fot. Rob Gubbels

ZAPOWIEDZ

One Response to Breda. Mój pierwszy wielki turniej

  1. Ela pisze:

    Zapowiada się ciekawa, autentyczna relacja. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Dodaj komentarz